wtorek, 2 kwietnia 2013

4

 -Łaźnie?-zapytała Alex ze zdziwieniem.
 -Tak. Takie wielkie. Taka jakby sauna. Jest świetnie.-powiedziała Lilly wesoło.
 -Wiesz...z chęcią z nich skorzystam.-uśmiechnęła się słabo dziewczyna i podążyła za koleżanką. Nie miała pojęcia, że po piętach depcze im trzecia osoba.
                                                              ***
 -Tak więc wchodzisz i wybierasz natężenie. Weź sobie słabe.-poradziła Lilly, kiedy doszły. Alex ściskała puchaty ręcznik i szlafroczek. Skinęła głową i powoli wsunęła się do środka.
  Było tam...zimno. Zamknęła drzwi na klucz i podeszła do jakiegoś elektronicznego urządzenia. Wcisnęła kilka guzików, wybrała natężenie, które poradziła jej Lilly i zrzuciła ubranie. Naciągnęła na siebie tylko szlafrok. Po chwili ciepło napłynęło jakby ze ścian.
  Mimo, że wybrała słabe natężenie, po chwili było jej już bardzo gorąco. Otarła pot z czoła. Zerknęła na zegarek-siedziała tam dopiero od dziesięciu minut.
 -Pewnie tak ma być.-szepnęła sama do siebie i przymknęła oczy.
  Po dwudziestu minutach już nie wytrzymywała. Prawie się dusiła. Było tak gorąco. Bolała ją głowa. Podeszła do drzwi i chciała wyjść. Spróbowała przekręcić klucz, jednak nie mogła. Był jakby przyklejony do dziurki. Naparła na drzwi-nic to nie dało. Uderzyła w nie pięścią, jednak niezbyt silnie. Była już bardzo wycieńczona przez ten gorąc. Jeszcze raz uderzyła. Ciche pacnięcie poniosło się echem po korytarzu.
 -Pomocy...-spróbowała krzyknąć, jednak wyszło strasznie cicho. Zakaszlała i poczuła, że brakuje jej powietrza.
 -Pomocy!-wydyszała, tym razem trochę głośniej. Usłyszała kroki na korytarzu. Zebrała resztki sił i uderzyła pięścią w drzwi.
 -Pomocy...-wycharczała i przymknęła powieki. Znów nawiedził ją senny koszmar.
  Mężczyzna o śnieżnobiałych włosach patrzył z pogardą na młodą dziewczynę, która miała około piętnastu lat, kruczoczarne włosy, spływające poniżej pasa i równie ciemne oczy.
 -Zawiodłaś mnie, Jackelyne.-powiedział chłodno, odwracając się.
 -Wybacz, mój panie. Nigdy więcej...-zaczęła, jednak mężczyzna jej przerwał.
 -Ja nie wybaczam!-krzyknął. Obrzucił ją drapieżnym spojrzeniem.
 -Panie...-wyszeptała z błaganiem. 
 -Wiesz, Jackelyne...jest jeden plus. Jedna rzecz, która cię ratuje.-uśmiechnął się mężczyzna i zetknął czubki palców. 
 -Panie...to cudownie.-nastolatka z błogim zadowoleniem, malującym się na jej twarzy, usiadła na podłodze.
 -Przyniosłaś mi ją...i pozostawię cię przy życiu.-powiedział jej pan i wskazał na małe dziecko, śpiące nieświadomie w łóżeczku. Mężczyzna zbliżył się do malca.
 -Nie...nie rób tego...-wyszeptała nieświadoma Alex. 
  Delikatnie ujął w dłonie jego szyję. Dzieciak się przebudził i spojrzał w oczy mordercy. Patrzył z zainteresowaniem, a po chwili rozpłakał się.
 -Nie...zostaw go...-bredziła dziewczyna, szamocząc się po łóżku.
  Mężczyzna jednym, zdecydowanym ruchem ukręcił kark berbeciowi. Jeszcze raz szarpnął i krew trysnęła, a główka spadła na podłogę.
 -Dziękuję, Jackelyne. A teraz znikaj.-nakazał, wycierając dłonie w szmatkę. Nastolatka skłoniła się i wyszła, a on...
 -Nie!-krzyknęła Alex i otworzyła oczy.
 -Nareszcie otworzyłaś paczadła!-usłyszała tryumfalny okrzyk. Zerknęła na bok. Stał tam James, z rozczochranymi włosami i ogromnym uśmiechem na twarzy.
 -Skąd ty się tu wziąłeś?-zapytała niepewnie.
 -No jak to: skąd? Jestem twoim bohaterem. Wystarczy buziak w podzięce.-chłopak puścił do niej oczko.
 -Zapomnij!-syknęła Alex. James wzruszył ramionami.
 -Wolałem, kiedy spałaś. A zresztą, kto to Jackelyne?-zapytał z zainteresowaniem. Dziewczyna zarumieniła się.
 -Nie wiem...śniła mi się. Wyglądała na około piętnaście lat, miała długie poza pas, czarne włosy. I takie bardzo ciemne oczy.-opisała nastolatkę ze snów.
 -To pewnie chodzi ci o Jackey z przeciwnej klasy. Tylko ona tak wygląda. Ale...czy ty ją znasz?-zdziwił się trochę James.
 -Nieee...chyba nie...-poprawiła się Alex.-A tak właściwie, to gdzie jestem?-dodała po chwili.
 -W lecznicy. Znowu.-uśmiechnął się chłopak, widząc jej minę.
 -A ty tu skąd?-zapytała podejrzliwie.
 -Uratowałem cię z tego piekła.-odparł z dumą.
 -Zaraz, zaraz...śledziłeś mnie!-krzyknęła ze złością Alexandra.
 -Ehm...może...ale wtedy byś się tam udu...-nie skończył, bo dostał poduchą w głowę od dziewczyny.
 -Wynoś się!-nakazała Alex i zepchnęła go ze stołka, na którym siedział.
 -Dobra, już dobra.-mruknął James i czym prędzej opuścił lecznicę.
-------------------------------------------------------------------------------------
Taaak...wracam. Hej, ludziska, to znowu ja! Czyli oficjalnie odwieszam bloga. Komentujcie, czytajcie itede, itepe.    

piątek, 16 listopada 2012

Tymczasowe zawieszenie

Blog zostaje tymczasowo zawieszony.
Najpierw chcę skończyć bloga o Jacobie i Belli (FF Zmierzchu), albo chociaż dojść tam do 8 rozdziału. Potem zajmę się tym.
Oczywiście, druga sprawa, to brak weny. Nie mam pomysłu na dalszą historię Alex. Muszę trochę poczytać.   

piątek, 26 października 2012

3

 Był już późny wieczór. Alex, Katie i Lilly siedziały w swoim pokoju i śmiały do łez. W pewnym momencie zgasło światło. Niebieskowłosa Lilly westchnęła i rzuciła w Katie poduszką.
 Katie miała diabelnie czerwone włosy i niewielkie, równie czerwone, usta. Do tego wesołe, brązowe oczy.
 -Dobra, idziemy spać. Eve się wkurzy.-zarządziła Katie i ułożyła się w łóżku. Jej obie współlokatorki tylko jęknęły.
 -Cicho tam.-warknęła czerwonowłosa. Lilly wdrapała się na górne piętro łóżka, Alex gramoliła się do swojego. Cała Akademia Magii zapadała w sen.
 Ciszę i spokój, który panował w pokoju, przerwał nagły łomot. Z postanowieniem sprawienia niezłego łomotu koleżance, podniosła się tylko Lilly.
 -Alex, co ty...-ujrzała zielonowłosą. Leżała na podłodze, z jej ust toczyła się piana. Co chwilę wydawała błagalne jęki.
 -Alex! Katie, wstawaj!-krzyknęła i potrząsnęła chrapiącą Katie. Tymczasem Alexandra odpłynęła do innej rzeczywistości.
 Wysoka kobieta o kruczoczarnych włosach podążała ciemną alejką. Towarzyszyła jej niższa brunetka. Trzymały się za ręce i uśmiechały tajemniczo. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, dały ogromnego susa do przodu i...zawisły w powietrzu. Delikatnie przebierając nogami, pięły się wyżej i wyżej. Ostatecznie stanęły na chmurze. 
 -Panie, mój panie. Gdzież ty się podziewasz?-zapytała brunetka i rozglądnęła dookoła. Znikąd pojawił się mężczyzna.
 Był on wyższy od kobiet, miał niebieskie, drapieżne oczy, na które opadały kosmyki białych włosów. Wydawał się być osnuty mglistą powłoką chmur.
 -Witaj, Katherin. Witaj Amando.-powiedział cicho. Kobiety padły na kolana.
 -Panie, nasz panie, wybacz nam.-ich chóralna prośba rozbrzmiała na ciemnym niebie.
 -Katherin, Amando. To już wasz koniec.-szepnął tajemniczy mężczyzna. Znalazł się przy nich momentalnie i delikatnie ujął twarz czarnowłosej Amandy. Jednym, energicznym ruchem skręcił jej kark. Ciało Amandy zaczęło bezwładnie spadać.
 -Panie, panie mój. To jej wina, ona nas zdradziła. Nie rób mi tego, panie mój...-szeptała gorączkowo brunetka.
 -Milcz.-rozkazał białowłosy.-To już koniec.
 -Nie, panie mój...-zamilkła na wieki, opadając w nicość. Śmiech mężczyzny poniósł się echem i dotarł do uszu każdego człowieka.
 W tym momencie mglista wizja, która uformowała się w głowie Alex, zniknęła. Została tylko ciemność, nic więcej. Wciąż stojąca nad nią Lilly płakała głośno. Tylko na ułamek sekundy na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek. Kiedy zdała sobie z tego sprawę, rozglądnęła się w popłochu. Na jej szczęście nikt tego nie zauważył. Koło ciała Alexandry krzątali się tylko lekarze z Akademii Magii. To w tej lecznicy miała spędzić kolejne dni jej przyjaciółka.
 Mijały dni, a z nimi tygodnie. Alex wyszła z lecznicy i powoli dochodziła do siebie. Na każdym kroku towarzyszyła jej Lilly lub Katie. Jednak przedziwne i często straszne wizje jeszcze nieraz nawiedzały zielonowłosą w snach. Tajemniczy mężczyzna popełnił tam jeszcze wiele morderstw. Były one coraz okrutniejsze. Wzbudzały coraz większy strach. Uspokajała ją tylko Nala, drapieżna kotka.
 -Hejka, Alex!-przywitała ją Lilly. Uśmiechnięta od ucha do ucha przydreptała do Alex.
 -Hej, Lilly.-mruknęła bez przekonania Alexandra.
 -Czy wiesz, że w Akademii są łaźnie parowe? Można się odprężyć.-zaproponowała Lilly. W jej głowie zaczynał formować się plan godny samego Diabła.
______________________________________________________
1. Mogę pisać dla samej siebie, trudno.
2.Wiem, że rozdział krótki, ale cóż. Brak weny.

poniedziałek, 22 października 2012

2

 Akademia Magii. Jakże wymowna nazwa! Czyżby to tutaj zwykli ludzie byli zmieniani w bestie, które pragną krwi? Ojej, a może to tutaj działają magiczne słowa Abrakadabra lub Hokus-Pokus? Zgorzkniałe myśli Alex obijały jej się o czaszkę. Na początku myślała, że jest tam rój wściekłych pszczół. Jednak po chwili doszła do wniosku, że to szerszenie. Pszczoły po jednym ukąszeniu szlag trafiał.
 -Hej, hej! Ziemia to Alex!-zadarł się James i pomachał jej ręką przed oczyma. Dziewczyna odepchnęła jego dłoń z zadziwiającą prędkością i siłą.
 -Panno Alexandro, podobno jest pani miła i uprzejma? Więc skąd ten wredny charakterek?-zapytał, marnie naśladując ton rozgniewanego nauczyciela. Wyszło mu to jak stukniętemu staruszkowi.
 -Aha. A ty jesteś wampirem, tak? Masz, napij się. Może przynajmniej będzie cicho.-mruknęła, nadstawiając mu dłoń. James prychnął.
 -Proszę zabrać tą niegodną kończynę.-powiedział i uniósł wysoko głowę.
 -Tak, tak. Jeszcze niegodna kończyna rozkwasi ci ten krzywy, jednak wielce szanowny, nos znajdujący się na tej głupkowatej gębie.-warknęła Alex i odwróciła się tyłem. James dalej patrzył w sufit.
 Po kilkunastu minutach ciszy, chłopaka rozbolał kark.
 -Może byś mnie tak przeprosiła.-podsunął. Tym pomysłem wzbudził tylko jej śmiech.
 -Nie no...głupi wampir. Gorzej być nie może.-powiedziała w końcu, ocierając łzy, jedyne ślady jej chwilowej wesołości.
 -Czarodziej.-ofuknął ją James i spuścił głowę. Rozmasował sobie kark i spojrzał na Alex ze złością. Jednak dziewczyna miała to głęboko w poważaniu.
 -Nie macie szybszych środków lokomocji?-zapytała ironicznie.-Magicznie uzdolnieni itede, a jeżdżą zwykłymi autami?
 -Dobra, jak chcesz. A miałem ci odpuścić.-chłopak uśmiechnął się złośliwie.-Claus, fioletowy guzik!
 -Jaki guzik?-zdziwiła się Alexandra. Jednak pytanie było zbędne. Limuzyna momentalnie zniknęła z powierzchni Ziemi. Zaczęła wirować gdzieś, gdzie nikt nie dotarł. Alex zrobiła się lekko zielona na twarzy.
 -Puszczę pawia.-jęknęła. James siedział rozwalony na fotelu limuzyny i pogwizdywał. Patrzył radośnie na dziewczynę, którą chwilę później zemdliło. Ostry zapach nadtrawionego jedzenia wypełnił auto.
 -Dobrze, że lądujemy.-mruknął chłopak i uśmiechnął się. Rzeczywiście, samochód uderzył w grunt zaledwie parę sekund później. Otworzyły się drzwi i Alex wypadła na dwór. Chłodne powietrze ją otrzeźwiło.
 -Nigdy...więcej...tego...nie rób!-wycedziła przez zęby. James zanosił się ze śmiechu.
 -Kurczę, myślałem, że bardziej zielona nie będziesz.-powiedział i poklepał ją po plecach. Wtedy coś zwaliło się na chłopaka. Była to dziewczyna z burzą niebieskich włosów na głowie.
 -Jak mogłeś jej to zrobić!? Jesteś kompletnym idiotą!-wydarła się na niego niebieskowłosa i zaczęła okładać pięściami.
 -Au...aj...Lilly, to boli!-James spróbował się wyślizgnąć z jej ramion. Kiedy mu się to udało, zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.
 -Panienka Alexandra sama się tego domagała.-warknął i odszedł wielce obrażony. Obie dziewczyny patrzyły za nim jeszcze długo.
 -Witam, jestem Lilly. A to...-wskazała na okazałą rezydencję-...jest Akademia Magii.
 -A ja jestem Alexandra. Mów po prostu Alex lub Lexi.-odparła zauroczona Alex. Wpatrywała się w piękny dwór z mieszaniną zachwytu i zdziwienia na twarzy.
 -Będziemy razem mieszkać. Ty, ja i Katie. No i nasze dzikie koty-mój ryś to Wilddy, a puma Katie to Lola.
 -One...gryzą?-zapytała zawstydzona Lexi.
 -Nie. Zobaczysz je. Ale musimy odebrać twojego kota.-powiedziała niebieskowłosa i pociągnęła oniemiałą dziewczynę.
 Bardzo szybko pokonywały długie korytarze, wyłożone marmurem. Słońce igrało na nieskazitelnie czystych szybach. Tylko nerwowe mamrotanie Lilly odbijało się echem od ścian.
 -Gdzie mnie ciągniesz?-zapytała Alex. Lilly uśmiechnęła się i wepchnęła ją do pokoju pełnego...dzikich, drapieżnych kotów.
 Alexandra doznała szoku. Było tu pełno drzew. Nie jakichś tam plastikowych figurek, a prawdziwych drzew. W samym środku pokoju znajdowało się niewielkie oczko wodne. Po nim pływały...kaczki. Co jakiś czas rzucano im chleb. Jednak uwagę przykuwały koty, które zwisały z gałęzi drzew, chłeptały leniwie wodę lub wpatrywały się łakomie w kaczuszki.
 -Gdzie...my...jesteśmy?-wydukała przerażona Alex.
 -W "Cat's Room".-oznajmiła Lilly. Jakby na potwierdzenie tych słów pomiędzy nogami czarodziejów zaczęła się przeciskać mała, plamiasta pantera. Za nią podążał ogromny gepard. Maluch dał susa w ramiona Alex i zaczął się do niej przyciskać, piszcząc przeraźliwie. Gepard musiał nieźle wymęczyć tego malucha. pomyślała Alexandra i nieśmiało podrapała kota za uchem.
 -Brawo! To twój kot.-powiedziała Lilly i uśmiechnęła się promiennie.
 -Nazwę cię...Nala.-szepnęła Alex i przytuliła kotkę. Była pewna, że to kotka. Zakochała się w niej od pierwszego wejrzenia. I tak miało pozostać na zawsze.
 -Lola niezbyt lubi nowych. Trudno. Jakoś przeżyje. Willdy jest jeszcze małym kociaczkiem i będzie uwielbiał Nalę. To ostatnia pantera. Więcej ich nie sprowadzą, bo rzadko znajdują właścicieli.-Lilly znów pociągnęła Alex. Dziewczyny ruszyły w stronę wyjścia. Parę razy drogę przecięły im dzikie koty, lecz już nie zwracały na nie uwagi.
 -Chodź, pokażę ci twój pokój.-powiedziała niebieskowłosa. Popędziła korytarzem. Tymczasem Alexandra położyła Nalę na ziemi i pobiegła za nową przyjaciółką.
 Tak zaczęło się jej nowe życie.
___________________________
Przepraszam, że tak późno. Następny rozdział, jeśli pojawią się chociaż 3 komentarze.

poniedziałek, 15 października 2012

1

 Alexandra Black obudziła się wczesnym rankiem. Strasznie bolało ją czoło, przez co nie mogła spać. Zamrugała kilka razy i potarła piekące miejsce. Nie czując efektów, jęknęła i zsunęła się z łóżka. Powlokła się do łazienki. Kiedy stanęła przed lustrem, zrobiła dokładną inspekcję całej twarzy. Mogły się przecież pojawić jakieś zmarszczki, jak to raz tłumaczyła tacie. Nie znalazła żadnych oznak starzenia, ba, wyglądała nawet młodziej niż dzień wcześniej. Jednak piekący ból w czole przypomniał jej, dlaczego przywędrowała tu o tak wczesnej porze. Delikatnie uniosła zieloną grzywkę i wybałuszyła oczy. Spodziewała się paskudnego rozcięcia, tymczasem była tu szmaragdowa ćwiartka księżyca. Iskrzyła się delikatnie w świetle lampy.
 Dopiero po kilku minutach do dziewczyny dotarło, że została naznaczona. Że jest teraz kimś innym. Że już więcej nie ujrzy rodziców. Musi się wyprowadzić do Akademii Magii. Inaczej zginie. Zasmucona tym faktem, zaczesała grzywkę na czoło, przykrywając znak. Przy okazji wyczesała również resztę zielonych włosów. Wpięła w nie czarną kokardę i wróciła do pokoju.
 Jej pokój był pomalowany na zielono. Alex kochała zieleń we wszystkich odcieniach, oprócz zgniłego. Na łóżku leżała jaskrawozielona pościel w fioletowe króliczki. Wyglądało to dość dziecinnie na szesnastolatkę, ale dziewczyna nie chciała słyszeć o kupnie nowej pościeli. Koło łóżka stała półeczka nocna, nakryta zieloną serwetką. W kącie pokoju stała szafa, obklejona zielonymi serduszkami.
 To właśnie w stronę szafy skierowała się Alex. Otworzyła ją i zaczęła przeglądać ubrania. Ostatecznie wytargała bluzę, o ślicznym odcieniu zieleni, przywodzącą na myśl młodą trawę, oraz białą bluzkę i czarne spodnie. Kiedy się przebrała, było dziesięć po dziewiątej. O tej godzinie zwykle wstawali rodzice. Zeszła więc do kuchni, tupiąc głośno na schodach.
 -Alex!-wykrzyknęła mama i przytuliła jedyną córeczkę. Nie wiedziała jeszcze, że jest ona czarodziejką.Alexandra powstrzymała łzy. Jeszcze się nie zdradzę, pomyślała. Te ostatnie chwile z rodzicami były dla niej na wagę złota.
 -Moja Lexi.-powiedział ojciec i również ją przytulił. Tylko on mówił na nią Lexi. Było to piękne zdrobnienie, które Alex bardzo lubiła.
 Niezbyt miły dźwięk rozdarł ciszę. Był to dzwonek do drzwi. Matka mruknęła coś pod nosem i poszła otworzyć.
 -Witam, niezmiernie mi miło panią poznać.-w całym domu można było usłyszeć te serdeczne słowa.
 -Kim...pan jest?-zapytała zdziwiona kobieta. Zawahała się przed użyciem słowa "pan". Chłopak miał góra dziewiętnaście lat.
 -Raczej kim pani jest? Czyżbym miał przyjemność z panią Eveline Black?-przeczesał swoje ognistorude włosy.
 -Tak. Ale ponawiam moje pytanie.-powiedziała Eveline.
 -James. Ale tak właściwie szukam panienki Alexandry Black. Dobrze trafiłem, mam nadzieję.-powiedział wesoło. Gestem został zaproszony do środka.
 -Córka i mąż są w kuchni.-poinformowała matka Alex. Ruszyła w stronę kuchni, a za nią szedł James.
 -Dzień dobry. Jestem Jerry Black.-powiedział ojciec dziewczyny, kiedy ujrzał chłopca.
 -James, miło mi.-nieznajomy uśmiechnął się.-A oto i panienka Alexandra?
 -Tak.-szepnęła Alex.
 -Jestem James Night. Zapewne już wiesz, ze zostałaś Naznaczona w imię bogini Syinx? To dobrze. Najpotrzebniejsze rzeczy już są spakowane. Zrobił to mój kumpel, Eric Moon. Akademia Magii już na ciebie czeka. Zostały też zakupione niezbędne ubrania. Twój ulubiony kolor to zielony, więc tak został urządzony twój pokój w akademiku. Oczywiście twoja ukochana pościel już tam jest. Aha, będziemy w jednej klasie. Umiem już naznaczać, więc musiałem przejść test. Mam nadzieję, że nie jesteś za to zła.-wskazał na szmaragdowy księżyc na jej czole. A Eveline i Jerry zamarli.
 -Czyli Lexi jest na...naz...naznaczona?-wydusił tata. James kiwnął głową.
 -Mamo, tato. Muszę wyjechać. Inaczej umrę.-wyszeptała dziewczyna. Tymczasem gość znów kiwnął głową, ale przybrał poważny wyraz twarzy.
 -To jedź kochanie. Ale pisz do nas.-powiedziała matka. Utuliła Alex ostatni raz i po jej policzkach pociekły słone łzy. Ojciec w milczeniu pocałował ją w czubek głowy i westchnął. Alexandra pomachała im na pożegnanie i wyszła na dwór. Czekała tam biała limuzyna oraz James. Bez słowa otworzył jej drzwi. Dziewczyna wsiadła i przetarła oczy.
 W drodze do Akademii Magii, chłopak próbował ją zagadać.
 -Piecze cię czoło, no nie? Każdy tak ma. Ale to nic wielkiego. A Słudzy Dnia są najpiękniejsi.-dopiero tym zdaniem jakoś wyrwał ją z transu.
 -Słudzy Dnia? To nie jestem...czarodziejką?-zapytała. James wywrócił oczami.
 -Słudzy Dnia, to czarodzieje. Słudzy Nocy to wampiry, czyli zbuntowani czarodzieje.-wyjaśnił. Alex zamknęła oczy. Chłopak pogładził ją po włosach. Jednak ona strzepnęła jego rękę i odsunęła się trochę.
 -Łapy przy sobie.-warknęła. James uniósł ręce do góry.
 -Okey, okey. Jak chcesz.-zgodził się. Alex znów zamknęła oczy. Chciała zasnąć, tylko tyle.

sobota, 13 października 2012

Prolog

 Działo się to pewnej zimowej nocy. Z nieba leniwie spadały niewielkie lodowe gwiazdki, każda innego kształtu. Poprzez białe alejki przedzierał się budzący zdziwienie i grozę mężczyzna.
 Był bardzo wysoki. Czarny płaszcz, który miał na sobie, ciągnął się po śniegu. Kilkudniowy zarost sprawiał, że wyglądał dosyć niechlujnie. Na groźne, czarne oczy opadał ognistorudy kosmyk włosów. Drwiący uśmieszek był przyklejony do jego twarzy. Ludzie omijali tego faceta szerokim łukiem.
 Kiedy chmury przysłoniły księżyc, tajemniczy mężczyzna skręcił w jedną z bocznych uliczek, powszechnie uważanych za przynoszące nieszczęście. Dwie kobiety, które szły za nim, wytrzeszczyły oczy. Jednak mrok skrył już tajemniczego człowieka.
 Na końcu zaułku majaczył niewielki cień. Mężczyzna uśmiechnął się wesoło i ruszył w jego stronę.
 -Dobrze cię widzieć, Mike.-przywitał się i uścisnął dłoń kolegi.
 -Ciebie też, James.-mruknął dosyć niechętnie Mike.
 Był on niskim, łysym człowieczkiem. Miał matowe oczy, jakby zmartwiałe. Jego uśmiech był zawsze sztuczny, niezależnie od sytuacji.
 -Niezłe miejsce sobie wybrałeś, nie ma co.-rzekł nieco sarkastycznie James i oparł się o kontener ze śmieciami.
 -Zamknij się.-warknął łysy i popatrzył groźnie na swojego, o połowę większego, rozmówcę. James westchnął ciężko. Mike rozglądnął się, jakby spodziewając ataku. Potem podał mężczyźnie zwitek papieru.
 -Tu masz jej namiary.-był wyraźnie przerażony, kiedy podał Jamesowi papierek.
 -Dzięki Mike.-uśmiechnął się ognistowłosy i zniknął w ciemności. Mike odetchnął z ulgą.
                                                             ***
 James bezszelestnie wślizgnął się przez otwarte okno do niewielkiego domku jednorodzinnego. Drwił sobie z jego właścicieli. Kto zostawia otwarte okno na noc? Tylko oni. Wciąż debatując w myślach nad ich głupotą, wędrował po domu w poszukiwaniu odpowiedniego pokoju. Kiedy wreszcie znalazł właściwe drzwi, uśmiechnął się triumfalnie.
 W łóżku spała niczego nieświadoma dziewczyna. Szczelnie otulona kołdrą, tak czy siak, była piękna. Niewielkie usteczka o ślicznym, krwistym uśmiechu. Mały, lekko zadarty nosek. I te włosy. Długie, rozpostarte po całej poduszce, zielone włosy przyciągały spojrzenie.
 James westchnął cicho.
 -Taka szkoda.-mruknął. A potem nachylił się i paznokciem narysował na czole dziewczyny półksiężyc, który wypełnił się szmaragdem.
 -Widzimy się już za kilka dni, mała czarodziejko.-szepnął. Pogłaskał dziewczynę po włosach i otworzył okno. Znów westchnął i wyskoczył w ciemność.